O autorze
Fotografowanie zawsze było moim marzeniem. Gdy moja siostra wygrywała konkursy fotograficzne, ja byłem na etapie robienia zdjęć pamiątkowych znajomym. Były tak skadrowane, że nie mieli oni głów. Potem stałem się nadwornym fotografem drużyny harcerskiej. Biegałem w krótkich spodenkach z Zenithem. To że muszę zrobić zdjęcie popychało mnie zawsze do tego, żeby być pierwszym na szczycie góry i ostatnim z niej zejść. Gdy skończyłem szkołę filmową zająłem się pracą za kamerą. Powrót do fotografii nastąpił, gdy urodził mi się pierwszy syn. Obecnie mam czwórkę dzieci. W tym gorącym rodzinnym tyglu szukam czasu na własne zainteresowania, czyli... na fotografowanie. To, czego jeszcze nie zrealizowałem, to fotograficzna wyprawa do dalekiego kraju z moim synem. Obiecałem mu to.

Siedem dni z siedmiolatkiem

fot. Ryszard Żuchowski / CinemaPhoto.pl
Już trzeci raz, jak co roku, wybraliśmy się na Wielką Wyprawę. Siedmioletni Franek sam przygotowuje do spakowania swoje rzeczy. Liczy ile mu będzie potrzebnych koszulek, spodni. Bez problemu rezygnuje z zabierania wszelkich zabawek. Chcemy mieć lekkie plecaki. Do plecaka pakuje scyzoryk i latarkę. Siedem dni z plecakami. Bez samochodu.

Naszym geograficznym celem są wydmy w Słowińskim Parku Narodowym. Ale naszym głównym celem po prostu bycie razem. Wszelkie decyzje w trakcie wyjazdu podejmujemy wspólnie. Jest ich mnóstwo z racji tego, że planujemy wszystko z jednodniowym wyprzedzeniem lub na bieżąco. Czym i o której jedziemy dalej. Ile mamy jeszcze czasu na poznanie okolicy. Co i gdzie zjemy.



Zwiedzamy Akwarium Gdyńskie, statki cumujące przy nadbrzeżu, plażę. Idziemy, gdzie oczy poniosą i na dłużej zatrzymujemy się tam, gdzie nam się najbardziej podoba. Po drodze wesołe miasteczko z licznymi atrakcjami. Z naszych zasobów finansowych wynika, że możemy zdecydować się tylko na dwie atrakcje. Myślę sobie, ciężki wybór dla siedmiolatka. Wielkie koło, wychodzące wysoko ponad drzewa, skąd można zobaczyć panoramę Gdyni, górska kolejka, dom strachu i wiele innych. Najpierw jeździmy wspólnie elektrycznym samochodem. To duża frajda. Pewnie dlatego, że robimy to razem. Potem jednak przychodzi czas trudnej decyzji. Jeszcze tylko jedna atrakcja. Szybka decyzja Franka zaskakuje mnie. Po chwili skacze już w uprzęży na trampolinie. Pełen radości, wyraża siebie przez szaleńczo wysokie skoki.

Gdy po dwóch dniach docieramy do Łeby, morskie fale stają się pierwszym obiektem zainteresowania. Mimo deszczu i wiatru, mój syn wbiega do morza. Cieszy się każdą lodowatą kroplą. Po kąpieli czas na planowanie. Wydmy. Po to tu przyjechaliśmy. Zastanawiamy się jak to zrobić przy tak niesprzyjającej aurze. Franek proponuje. "Poczekajmy do jutra. Może się wypogodzi." Następnego dnia, zgodnie z tym życzeniem mamy słoneczną pogodę z malowniczymi chmurami. W sam raz na wycieczkę na ruchome piaski. Jedziemy z samego rana pierwszym busem w kierunku wydm. Nie jestem specjalnie zaskoczony, że nam się wszystko udaje. Wspólnie decydujemy, przemierzamy szlaki i wspólnie mokniemy gdy nas złapie deszcz. To chyba ta miara powodzenia.

Główną atrakcją stają się skoki w dal z wysokiej wydmy. Nie brakuje nam też czasu na geologiczną refleksję. Oglądamy jak piasek pochłania sosnowy las. Drzewo po drzewie.

Muszę przyznać, że jedno mnie jednak zaskoczyło w trakcie tego wyjazdu. Łatwość z jaką udało nam się przemykać codziennie obok kolorowych straganów w centrum Łeby, zapchanych kolorowymi zabawkami. Zamiast tego wybraliśmy wystawę zabawek z PRLu. Mogliśmy obejrzeć i pobawić się wspólnie tym, czym bawiłem się mając siedem lat.

W powrotnej drodze wysyłamy przez komórkę kilka zdjęć z wyjazdu do mamy i siostry. Dzielenie się radością jest bardzo przyjemne. Planujemy wieczorny pokaz zdjęć dla rodziny tuż po powrocie. I jeszcze jedno. Wracamy tu za rok, w powiększonym składzie. Z ukochaną siostrą. Specjalnie zostawiliśmy kilka atrakcji do zobaczenia , tych, które Jej się najbardziej mogą podobać.
Trwa ładowanie komentarzy...